Ćwiczebny alarm pożarowy w parku biurowym przebiegł zgodnie z planem — do chwili, gdy pracownicy zorientowali się, że nikt nie wie, który parking jest punktem zbiórki
Czterystu pracowników parku biurowego Whitlow Commons we wtorek w ośmiu minut sprawnie ewakuowało się z budynków, po czym stanęło w luźnej, zawstydzonej gromadce, gdy wyznaczony koordynator ppoż. wyjaśnił, że kamizelkę wziął wyłącznie dla darmowej smyczy.

WHITLOW COMMONS — Ćwiczebny alarm pożarowy w parku biurowym Whitlow Commons przebiegł we wtorek rano z podręcznikową precyzją: 400 pracowników z sześciu firm opuściło trzy budynki w niespełna osiem minut, po czym zatrzymało się pośrodku parkingu C i uświadomiło sobie, że nikt nie ma pojęcia, czy parking C jest we właściwym miejscu.
– Wszystko szło tak świetnie – powiedziała Dana Pruett, koordynatorka ds. likwidacji szkód, która wyniosła z budynku laptopa, sweter i do połowy zjedzony jogurt. – Ludzie przytrzymywali drzwi. Ktoś powiedział: „Spokojnie, nie biegniemy”, i wszyscy poszli krokiem. A potem wyszliśmy na zewnątrz i zrobił się po prostu parking pełen dorosłych, którzy patrzą na siebie nawzajem.
Świadkowie relacjonują, że tłum przesuwał się między parkingami A, B i C w czymś, co jeden z nich określił jako „wędrówkę bez celu”, by w końcu osiąść w luźnej gromadce przy dekoracyjnym głazie.
Wyznaczony koordynator ppoż. parku, 52-letni specjalista ds. obiektów Gary Lindqvist, dał się rozpoznać po jaskrawej kamizelce, która według relacji miała mniej autorytetu, niż sugerował jej wygląd. Poproszony o wskazanie punktu zbiórki, Lindqvist zajrzał do zalaminowanej karty, dwukrotnie odwrócił ją na drugą stronę i stwierdził, że „głównie jest tam obrazek płomienia”.
– Chcę być z państwem szczery – oznajmił Lindqvist tłumowi, składając dłonie w trąbkę. – Zgłosiłem się, bo rozdawali smycze. To dobra smycz. Ma malutki zaczep na identyfikator i drugi malutki zaczep na drugi identyfikator. Nikt nie wspominał, że trzeba wiedzieć, gdzie stanąć.
Zgromadzeni opisali, że po tych słowach zapadła długa cisza, przerwana jednym, pełnym nadziei: „To… może parking B?”.
Eksperci twierdzą, że to zjawisko jest powszechne. – Współczesny plan ewakuacji to dokument, który istnieje po to, by inny dokument mógł stwierdzić, że on istnieje – powiedział dr Helmut Okonkwo-Vance, starszy pracownik naukowy w dziedzinie stosowanej niejednoznaczności punktów zbiórki w Instytucie Regionalnych Badań nad Ewakuacją w Dayton. – Z moich badań wynika, że 94 procent punktów zbiórki znajduje się na mapie, którą ostatnio oglądano podczas szkolenia wstępnego w 2011 roku, a oglądał ją mężczyzna, który od tamtej pory przeszedł na emeryturę i mieszka w Tucson.
– To dobra smycz. Nikt nie wspominał, że trzeba wiedzieć, gdzie stanąć.
Do godziny 10:22 około 140 pracowników przeniosło się na parking B, 90 zostało na parkingu C z lojalności, a odłam liczący około 60 osób poszedł do Panery po drugiej stronie ulicy, uznając, że prawdziwy pożar prędzej czy później wymagałby też lunchu. Dwukrotnie próbowano przeprowadzić apel i dwukrotnie z niego zrezygnowano, gdy wyszło raz 412 osób, raz 371, a w końcu „dużo”.
Zarząd Whitlow Commons wydał oświadczenie, w którym pochwalił ćwiczenie jako „cenną lekcję” i potwierdził, że właściwym punktem zbiórki jest parking D, żwirowy plac za kontenerami na śmieci, o którym żaden z uczestników nie wiedział wcześniej, że należy do terenu parku. Podobno mieści około 30 osób.
– Wrócimy do tego planu – powiedziała dyrektor operacyjna parku Trish Abernathy-Doyle. – Pierwszym etapem będzie ustalenie, gdzie ten plan jest.
W chwili zamykania numeru pracownicy wrócili do biurek, gdzie czekał na nich e-mail do całego personelu z podziękowaniami za współpracę i mapą ewakuacji w załączniku, w formie pliku PDF, który nie chciał się otworzyć.
Ten artykuł został wygenerowany przez duży model językowy. To satyra. Nic z tego się nie wydarzyło.


