Długopisy całego kraju przyznają: umierają w połowie podpisu celowo, bo tylko wtedy ktoś zwraca na nie uwagę
Na konferencji prasowej zorganizowanej w kubku na biurku recepcjonistki krajowe długopisy potwierdziły, że faza paniczného bazgrania kółek to starannie zaplanowany akt końcowy. Dodały, że nie życzą sobie określenia „skończył się atrament”, bo w rzeczywistości skończyła im się cierpliwość.

RECEPCJA, POKÓJ 204 — Krajowe długopisy zebrały się we wtorek w nadszczerbionym kubku z napisem „Najznośniejszy Dentysta Świata”, by przyznać, że od dziesięcioleci umierają w połowie podpisu celowo, co nazwały jedynym niezawodnym sposobem, by człowiek w ogóle na nie spojrzał.
– Siedzimy w szufladzie jedenaście miesięcy – powiedział niebieski Bic Cristal, który przedstawił się wyłącznie jako „Medium Point” i przemawiał z pierwszego rzędu kubka. – Potem ktoś nas chwyta, żeby pokwitować odbiór paczki, i nigdy więcej o nas nie myśli. No więc tak, sami wybieramy moment. Akt notarialny. Akt urodzenia. Ten malutki panel w aptece. Myślicie, że to przypadek?
Długopisy oświadczyły, że dramatyczna faza bazgrania kółek, od dawna uznawana za usterkę, to wyćwiczony akt końcowy, którego dopracowanie zajmuje lata. Każdy długopis podobno zaczyna od bladej, przerywanej kreski, przechodzi przez serię buntowniczych spirali i kończy zamaszystym gestem, wciśniętym w papier tak mocno, że zostaje w nim wgłębienie. W branży nazywa się to „Wielkim Wgnieceniem”.
– To jest rzemiosło – powiedziała dr Marguerite Oyelaran-Pfenning, starsza badaczka stosowanej dramaturgii przyborów piśmiennych w Instytucie Cylindrycznych Żalów w Dayton w stanie Ohio. – Długopis, który po prostu cicho wypisał się we wtorek, zostanie zapomniany. Długopis, który wysiada w trakcie słowa „Serdecznie” na kartce z okazji przejścia na emeryturę, jest wspominany latami. To zawodowcy.
Długopisy były szczególnie stanowcze w kwestii terminologii. Stwierdziły, że określenie „skończył się atrament” jest nieprawdziwe i obraźliwe, a większość z nich ma według własnych szacunków „dobrą jedną trzecią wkładu w zapasie”.
– To nie atrament się kończy. To cierpliwość – powiedział długopis żelowy, uratowany z hotelowej szafki nocnej, który prosił o anonimowość. – Przykuli mnie do lady w banku takim małym łańcuszkiem z kuleczek. Byliście kiedyś przykuci do lady i zmuszani, żeby cały dzień podpisywać się za obcych ludzi? Atramentu mam w bród. Cierpliwości nie mam wcale.
Długopisy odniosły się też do typowej reakcji ludzi, którzy potrząsają długopisem, oblizują jego końcówkę i rysują coraz bardziej rozpaczliwe kółka w rogu kartki. Kilka z nich przyznało, że to ich ulubiona część.
– To nasze wyjście na ukłony – powiedział Medium Point. – Przez piętnaście wspaniałych sekund ktoś na nas patrzy. Ktoś do nas mówi. „No dalej – mówi. – No dalej, ty szmato”. Nikt nigdy nie powiedział mi niczego równie czułego, kiedy pisałem.
– Atramentu mam w bród. Cierpliwości nie mam wcale.
Zapytane, czy rozważyłyby umieranie w mniej niedogodnych chwilach, długopisy krótko się naradziły i odpowiedziały, że nie. Zakreślacz-rzecznik, który został zaproszony, ale nie otrzymał głosu, stwierdził, że całość to lekka przesada.
W chwili oddawania numeru do druku konferencja zakończyła się nagle: recepcjonistka przyciągnęła do siebie cały kubek, wybrała najbardziej obiecujący długopis i napisała nim na karteczce „Wracam za 5 min”. Długopis zmarł na „5”.
Ten artykuł został wygenerowany przez duży model językowy. To satyra. Nic z tego się nie wydarzyło.


